środa, 30 kwietnia 2014

Rozdział 4

Zakłopotanie

-Mam dziewczynę...

Czy on właśnie dał mi kosza? Tak, jestem debilką. Znam go ledwo dzień, a narzucam mu się. Ale dziewczynę? To po co trzymał mnie za rękę? Bawił się moimi palcami i był romantyczny. Był idealny. Niestety, bańka prysła. A ja z rzeczywistości chcę uciec jak najdalej. I oto co zrobiłam. Uciekłam. Biegłam przed siebie, nie odwracałam się. Miałam nadzieję, że jak nie będzie mnie na miejscu to o tym zapomni. Nie wiem, w jakim kierunku biegłam.

Zatrzymałam się przy wąskiej dróżce i wyciągnęłam telefon. Chcę, aby ktoś mnie stąd zabrał. Loo. Ona mi pomoże. Jeden sygnał, dwa, trzy...

Odebrała!

-Halo?
-Hej, tu Ariana. Błagam zabierz mnie do siebie.
-Gdzie jesteś?
-Mała uliczka, koło mojego domu. TERAZ. Proszę.
-Już.- rozłączyła się.

Jedyne co musiałam teraz zrobić to na nią czekać. Mogę jej zaufać.

Oczami Nialla

Co do cholery się właśnie stało? Czemu ona biegła? To nie jej wina. To ja dawałem złe znaki. Myślałem, że potrzebuje troski. Bałem się o to, że nie ma przyjaciół. Chciałem być dla niej właśnie tym. Nie chłopakiem. Kocham Fionę. Tak mi się przynajmniej wydaje. Muszę znaleźć Arianę i jej wszystko wyjaśnić. Nie chcę, aby ta akcja przeszkodziła naszej znajomości. Jakim ja jestem głupkiem. Już to zepsułem.

Ruszyłem pewnym krokiem w stronę, gdzie ta drobna, czerwonowłosa kobietka uciekła. Co mam jej powiedzieć? "Przepraszam, źle to rozegrałem. Dasz nam szanse na przyjaźń?". Ta, może jeszcze. "Sorka, mam dziewczynę. Wiem, że coś do mnie poczułaś. Ale możemy zapomnieć o tym i będziemy się przytulać jak przyjaciele, co?" Tracę nadzieję, w moją inteligencje.

Mijam samochód Mary. Czekaj! Mary? Co tu robi? Pewnie, ona ją wezwała o pomoc w ucieczce, przed wstydem. Ale to ja powinienem się wstydzić. Może lepiej, by było, gdybym ją pocałował? NIALL! Masz dziewczynę, którą kochasz.

****

Doszedłem do wniosku, że nie ma co iść dalej. Pewnie Loo ją zabrała. Więc, wróciłem do domu. Naskoczyli na mnie ucieszeni chłopcy.
-Słyszałem, że rozkochałeś w sobie, naszą Calineczkę- pogratulował mi Dave. Przewróciłem oczami. Jak on mógł uważać, że to jest śmieszne? Zraniłem ją.
-Loo, nam powiedziała- powiedział mądrzejszy z bliźniaków.
No tak jasne, wiadomości się szybko rozchodzą. Mam nadzieję, że to nie urazi Ariany. Jest taka niewinna... Piękna, miła. NIALL -znowu się korcę-.

Muszę do niej zadzwonić. Jeśli serce zacznie mi bić na dźwięk jej głosu to coś znaczy. Jeśli nie, to wszystko jasne.

Szybko wybieram jej numer dzwonię. Sygnał.

Odebrała.

-Halo?

Cholera, serce łomocze jak szalone.

----

Przepraszam, wiem,  że długo czekaliście, ale niestety brak weny. Co jest również spowodowane tym, czemu taki krótki rozdział. Jeśli będzie tutaj 8 komentarzy to dodam dłuższy. Myślę, że wena mi powróci w ciągu majówki :)

wtorek, 22 kwietnia 2014

Rozdział 3

Porażka

Otworzyłam moje zaspane oczy. Pierwszą czynnością po obudzeniu się to było sięgnięcie po telefon, aby zobaczyć, która godzina. 10;37. Szlak. Dwie, nie odebrane wiadomości. Weszłam w aplikacje "skrzynka". Jedna od Nialla, druga od Loo.

Niall: Kochanie, wstawaj. O której mam do ciebie podejść?

Nazwał mnie kochaniem.. To.. kochane. Chyba.

Ja: Przyjdź za godzinę :)

Za to Mary napisała do mnie, że z Andreą poszły na zakupy i żebym na nie, nie czekała. Wstałam z łóżka i podbiegłam truchtem do "mojej" łazienki. Umyłam moje perłowe zęby i oczyściłam twarz po dobrze przespanej nocy. Nałożyłam lekki makijaż, aby zakryć widoczne niedoskonałości na mojej cerze. Wzięłam szybki prysznic z płynem malinowym- moim ulubionym.

Zeszłam na dół do Daisy na śniadanie. Niestety, nie zastałam jej tam. Ale zobaczyłam na stole, w jadalni karteczkę na której, było napisane, że mam 50 funtów na śniadanie w starbuksie. Po pierwsze Starbucks jest przereklamowany, po drugie AŻ 50 FUNTÓW?! Jeśli ona nie chce, abym zmieniła się w rozpuszczoną lalkę niech daje mi o 40 banknotów mniej. Ale skoro, dała mi to dobrowolnie to czemu nie? To będzie ostatni raz- przyrzekłam sobie w duszy.
******
Ubrałam się w zestaw z miętową naklejką, czyli czarna podkoszulka, marynarka granatowa i krótkie spodenki w greckie wzory. Wzięłam do tego białą ekonomiczną torbę z napisem "Westwick's girl". Skąd staruszka wie, że mam kota na punkcie Eda? Nie ważne. No i skromne, czarne kolczyki- kulki.
 Niall wszedł do środka. I przywitał mnie całusem w policzek. Rumieniec szybko pojawił się na mojej twarzy. Mam nadzieję, że Irlandczyk tego nie zauważył.

-Gdzie jest reszta?- spytałam z nadzieją w głosie, że powie mi, że on sam się mną zajmie. Tak, spodobał mi się ten blondyn. Ale to nie moja wina, że ma oczy jak anioł, tak samo z uśmiechem, głosem, włosami, dłońmi. Wszystkim.

-Chłopcy jeszcze śpią, a Loo i Andrea są na zakupach. Co będziemy robić?
Szczerze to miałam pewność, że on coś zaplanował, ale skoro mam wybór to chcę pójść z nim na naleśniki. Zgłodniałam, mój brzuch burczał jak oszalały.

-Zaprowadź mnie do dobrej naleśnikarni.- rozkazałam mu, z uśmiechem.
Nie spojrzałam nawet na jego reakcję, tylko chwyciłam torebkę, wzięłam kluczę i pieniądze i zamknęłam drzwi. Na podjeździe ujrzałam czarnego Range Rovera. O matko! Marzę o tym, że jak zdam na prawo jazdy otrzymam od rodziców takie cacko. Chłopak chwycił moją dłoń i zaczął bawić się moimi palcami -tak, to się dzieje, a ja znów wyglądam jak burak- zanim doszliśmy do auta. Jak dżentelmen otworzył na początku mi drzwi, a dopiero potem sam wsiadł do samochodu. Odjechaliśmy spod "mojej willi". Pojazd pędził ku nieznanym mi kierunku. To nie jest dziwne, ponieważ nie znam Londynu, a to mój drugi dzień tu.
-Ile jeszcze?- spytałam po pięciu minutach jazdy.

-Ty na serio? Czy tylko udajesz? Jesteśmy w Londynie. Ja, abym dostał się do szkoły, którą mam dwie dzielnice dalej, jadę 20 minut przez te jebane, w dupe, korki. A ty po pięciu minutach pytasz się, kiedy dojedziemy?- wyśmiał mnie Irlandczyk. Przez jego komentarz zrobiłam się znów czerwona. No super. Ale to nie moja wina, że nie jestem cierpliwa. Wolałam już przetrwać drogę w milczeniu.

-Ehh.. Nie gniewaj się- powiedział to tak cicho, jakby mówił to do siebie. Uśmiechnęłam się w duchu. Włączył radio samochodowe. Na pierwszym kanale były wiadomości, więc nawet nie pytając mnie o zdanie przełączył na muzyczną stację. Leciała piosenka Justina "Be alright". Kochałam to! Uważałam, że to jedna z lepszych jego utworów. Ba! Jak nie najlepszych. Po chwili usłyszałam cichy śpiew Horana. O matko, on to śpiewał. Przeanalizujmy tą sytuację. Jestem z bogiem piękności w jego cudownym aucie, leci w odtwarzaczu Bieber, a on to śpiewa. Może być lepiej?

Dołączyłam się do niego. Spojrzałam się w jego stronę. Był cudowny. Nie spuszczał oczu z trasy. Ale cieszył się tym, że zaczęłam śpiewać z nim. Gdy piosenka dobiegła końca, rozpoczęła się nowa, której nie znałam więc zamilkłam. Nie była zła. Byłam ciekawa jaki ma tytuł, więc wyjęłam telefon z torby i zaczęłam w aplikacjach szukać Shazzamu. Niall, jakby czytał mi w myślał, powiedział:

-Sweater Weather- domyśliłam się, że chodzi mu o nazwę piosenki, więc zamiast odtworzyć to co miało mi ułatwić znalezienie tego arcydzieła, włączyłam notatnik i zanotowałam to co powiedział.

***

Dojechaliśmy po godzinie na miejsce. Była czternasta, a mój brzuch już eksplodował z głodu. Irlandczyk polecił mi naleśniki z czekoladą i truskawkami. Banał! Wezmę z kremem oreo i... brzoskwiniami. On zdecydował się na magic stars i polewę jelly beans.

-A więc, na jak długo przyjechałaś?- zapytał, przerywając tym samym ciszę.
-Wrócę do Los Angeles, tydzień przed studiami, aby się spakować.- oznajmiłam z nadzieją w głosie, że rozwinie temat.
-Oo... Ja też w tym roku zaczynam studie, jaki kierunek wybierasz?
-Myślę, że taniec. Chyba Brooklyn.
-Ty żartujesz?! Też chcę tam studiować, ale inny wydział. Chcę zostać znanym artystą- powiedział z dumą i ekscytacją w głosie.
Po chwili przyszły nasze naleśniki, a rozmowa kleiła się nam lepiej, niż z kim innym.
Po udanym "śniadaniu" pojechaliśmy z powrotem na naszą dzielnicę, pod dom Loo.
-Ja będę spadał do chłopaków, spotkamy się jutro? Napiszesz?- spytał się z uśmiechem, który nie schodzi mu od rana z twarzy.
-Dwa razy tak- zażartowałam, dopiero po wypowiedzianych słowach, zrozumiałam jakie to było suche. Spojrzałam w jego niezwykle przyciągające oczy. Tak.. Chcę go pocałować. Bo czemu nie? Złapał mnie za rękę, bawił się moimi palcami, śmiał się ze mnie i moich żartów. To chyba flirt, tak? Przegryzłam moją wargę i uchyliłam się ku pocałunku. Niestety, nie otrzymałam odpowiedzi, na którą czekałam. Czekajcie, co? Niall był zakłopotany. I ledwo co wydukał:
-Mam dziewczynę...
--------------
Przepraszam, że taki krótki, ale szkoła się znów zaczyna. A chciałam w miarę regularnie dodawać posty, myślę, że ostatni rozdział był lepszy, ale za to w tym więcej się działo. Musi być 7 komentarzy przy rozdziale, aby był następny.

sobota, 19 kwietnia 2014

Rozdział 2

Pierwsze spotkanie.

 Rozpakowywałam swoje rzeczy w pokoju, który babcia mi przydzieliła. Minęły dwie godziny odkąd jestem już w Londynie. Staruszka powiedziała, że zaraz przyjdzie jej sąsiadka, aby mnie oprowadzić po dzielnicy. Niezbyt mam na to ochotę. Wolę sama się powłóczyć, a ona pewnie będzie kolejną laską, która ma mnie w dupie, ale poproszono ją więc tak zrobi. Wielkie dzięki, za taką łaskę.

 Układałam starannie rzeczy na drewnianą szafkę. Gdy skończyłam daną czynność. Zeszłam po marmurowych schodach, na dół willi mojej babci. Weszłam do salonu, gdzie zwykle przesiadywała. Na suficie wisiał kryształowy żyrandol, ściany były koloru królewskiego błękitu, podłoga była z białego marmuru. Fotele były zrobione w starym stylu, tak jak kanapa, na czarno pomalowane drewno, a wnętrze było z białej skóry, siedzenia miały charakterystyczne wycięte wzory, królewsko, bym powiedziała.

 Babcia ma klasę. Uwielbia takie gadżety, które oddają wartość jej duszy, czyli jednym słowem- na bogato. Sama ubierała się niezbyt skromnie, suknie szyte na miarę, torebki od znanych projektantów, buty od szewca, żadne sieciówki!

 Zawsze wypominała mi to, że nie ubieram się równie elegancko jak ona, tylko jakieś leginsy i buty z Top Shop'u. Ale jest dumna z tego, że przynajmniej daje się namówić na swetry od jej znajomego, które kosztują majątek, ale wiem, że sprawia jej to przyjemność. Więc czemu nie?

-Co chcesz, kochanie?- wyrwała mnie z zamyślenia rodzicielka mojego ojca, odwróciłam się w jej stronę. Siedziała na bujanym krześle obok kamiennego kominka, popalając niezwykle długiego papierosa- Chcesz macha?
-Ta.. Znaczy nie, nie. Chciałam powiedzieć tylko, że już skończyłam i może mnie oprowadzić ta dziewczyna- powiedziałam zakłopotana, prawie poddałam się pokusie zapalenia, znów papierosa. Ale wiem, że to nie zdrowe, dla mojego organizmu.
-Ahh... No tak, już dzwonię- babcia wykręciła numer na starym telefonie. I zaczęła bawić się swoimi włosami, z czarnej, błyszczącej peruki, które sięgały jej do ramion. - To ja Daisy. - Przedstawiła się staruszka i rozpoczęła rozmowę z sąsiadką, która ma mnie oprowadzić.
-Będzie za pół godziny, w garderobie, obok twojego pokoju, są rzeczy, które Ci kupiłam na pobyt, ubierz ten zestaw, który ma wiśniową naklejkę na wieszaku- poleciła mi.
-Babciu, ale przywiozłam swoje rzeczy- powiedziałam z dumą.
-Nie mów tak na mnie, jestem Daisy. Babcia mnie postarza. I ja już wiem co ty masz w tej walizce. Jakieś szmaty, z tanich sklepów. Moja wnuczka ma reprezentować się z godnością. Już! Marszem do garderoby.- rozkazała z nie ustającą powagą w głosie, a na koniec wypowiedzianych słów, uśmiechnęła się delikatnie, a oczy jej zabłysły jak nefryty.

 Pewnym siebie ruchem obróciłam się na pięcie i ruszyłam na drugie piętro schodami. Szłam prosto do miejsca z ciuchami. Włosy szybko zawinęłam w niechlujny kok. Otworzyłam drzwi miejsca do którego, Daisy mnie po ilustrowała. Zobaczyłam, że w środku widnieje duży napisz "Garderoba Ariany Grande" pięknymi zawijanymi literami. Były to trzy pomieszczenia. W jednym- tysiące butów, każdy był innego rodzaju. Pod każdą parą był numerek oraz nazwa danego obuwia. Np. "28- Projekt Marka Johna, specjalnie dla mnie". Drugi pokój był wypełniony biżuterią i innymi dodatkami jak okulary, torebki. Diamenty, rubiny, aż świeciły w moje duże oczy. Nie mogłam się nimi nacieszyć. Aż dotarłam do celu, pomieszczenie większe, niż mój i rodziców razem wzięty pokój na tej wsi- ubrania. Tysiące wieszaków, każdy zawierał zestaw ciuchów. Przeróżne odcienie naklejek. Czułam się jak milion złoty. Pewnie zadajecie sobie pytanie, skąd babcia ma tyle pieniędzy? Ah.. Jest znaną aktorką. Wszyscy kojarzą nazwisko Grande z tą osobą. Daisy! Daisy Grande!

 Gdy znalazłam out-fit, który mam założyć. Szybko zwróciłam uwagę nawet na najmniejsze szczegóły ubioru. Czarny, kaszmirowy sweter z dekoltem w serek, białą nieskazitelna koszula, bawełna. No i dopasowane spodnie z złotymi wstawkami. Nawet nie chcę myśleć, czy to prawdziwe złoto.
Do wieszaka, była przyklejona karteczka. "Buty- 867, torebka-534 i biżuteria z fioletowej półki." Ruszyłam do danych pomieszczeń. Obuwie było klasyczne- czarne buty na koturnie, torba od Louis'a. Podeszłam do "gadżeciarni". Fioletowa półka.... Widzę! O matko! Zobaczyłam piękne, czarne okulary Ray-Ban oraz złote bransolety. Wzięłam wszystko w rękę. Zamknęłam garderobę i ruszyłam do pokoju. Ubrałam się w dziesięć minut w to wszystko. Włosy spięłam w wysoki kucyk. I zakręciłam końcówki.

 Zeszłam na dół do babci, dziewczyna już tam siedziała i rozmawiały o chłopaku z pobliża."Pokaż mu Arianę! Spodoba mu się! Pięknie razem, by wyglądali." Pewnie jakiś lizus, włosy na żel, markowe ciuchy i ferrari. Kaszlnęłam znacząco. Odwróciły się z uśmiechem w moją stronę. Obczaiłam sąsiadkę. Ku mojemu zdziwieniu nie wyglądała jak zdzira. Zadbany ubiór, włosy uczesane, ale cała postura nie wskazywała na to, że pochodzi z bogatej rodziny, ale z zwykłej, zadbanej. Tradycyjnej. Czego nie można stwierdzić po moim stroju. Uśmiechnęła się do mnie. Moje nastawienie do niej całkowicie się zmieniło wciągu kilku sekund.
-No to ja już sobie pójdę, powodzenia Andrea- zniknęła Daisy z pola widzenia. Pewnie poszła na dół do masażystki. Tak, ma własną masażystkę.

 -Chodź! Przedstawię Cię znajomym, abyś się trochę rozluźniła! My nie gryziemy. No i rozumiem, że babcia Ci zafundowała strój. Bo jak cię przedstawiała, to miałaś wyglądać jak... ja.- zaśmiała się.- Jest nie możliwa!
Wyszłyśmy z willi. Tego nie można nazwać domem! To ma trawnik jak cała wieś! Szłyśmy prosto, ku jej domu, jak myślę.

 -Długo się znasz z babcią?- przerwałam ciszę.
-Bab..? A Daisy! Mów, Daisy. Nie przywykłam do tego, że ktoś mówi o niej babcia. Postarzasz ją.- powiedziała.
Co?! Ona ma 80 lat... A ja ją postarzam? Serio, nikomu nie przyszło namyśl, że ona jest babcią?
-Znam ją już 10 lat, ale jakoś ciebie nie pamiętam- oznajmiła, po chwili zastanowienia.
To prawda, rzadko odwiedzałam babcię. Zwykle, to ona przyjeżdżała do nas, bo moi rodzice, nie mogli wziąć zbyt długiego urlopu. A ona pomiędzy zdjęciami, często zwiedzała różne kraje, więc zatrzymywała się u nas na tydzień.
-To tu- wskazała na wielki dom, może nawet większy od mojej bab.. Daisy.
-To twoje?- zapytałam onieśmielona.
-Nie, Mary Loo. Mówimy na nią Loo. Jest bogata, jak widzisz. Starsza jest od nas, więc sama może mieszkać. Jej rodzice umarli w wypadku samochodowym, kilka lat temu. Wychowała się z ciotką, która zginęła rok temu. Dostała i spadek po rodzicach, którzy mieli zakład ubezpieczeń i po ciotce, która pracowała w nim, póki go nie zamknęła. Więc Loo szasta funtami.- powiedziała, jakby to było nic nadzwyczajnego.
-Ohh...- wydusiłam.

 Weszłyśmy do środka. Uwagę przykuł mi na początku grupka nastolatków, którzy palili. Dopiero potem pięknie ustrojone wnętrze w nowoczesnym stylu, który różnił się od babci, ale wyglądał równie drogo. Andrea zamknęła drzwi. Jej znajomi spojrzeli się w moim kierunku, po tym jak usłyszeli trzask.
-Hej, jestem Ari- podałam im rekę. Zaczęli się przedstawiać.
-Loo- krzyknęła przyjaźnie bogaczka.
-Dave- uśmiechnął się chłopak z tatuażami, strasznie przystojny.
-Steven- powiedział nie zbyt przyjaźnie w porównaniu, z tamtymi. Dave i Steven wyglądali jak bracia. Ba, pewnie nimi są!
-Niall- powiedział ostatni. Był blondynem, z niezwykle pięknymi oczami, ustami i każdym detalem jego ciała. Kąciki jego ust uniosły się ku górze oraz przegryzł wargę. Gdy jego koledzy zobaczyli reakcje chłopaka, szturchnęli go i się zaśmiali. Jako jedyny z nich nie miał widocznych tatuaży (chłopców). Był czysty jak kartka.
-Przyjechałem na wakacje -jak co roku- z chłopakami do Londynu.- oznajmił- Dwa lata temu zaprzyjaźniłem się z Loo, a ona przedstawiła mnie Andrea. Te małpiątka -pokazał na chłopców- to bracia, mieszkają obok mnie w Irlandii. Przeprowadzili się tam pięć lat temu z Australii.
-A ja jestem spod Los Angeles. Przyjechałam sama, do babci, która jest chora na raka. I nie mam przyjaciół- powiedziałam pewna siebie. Rozluźniłam się. Może przesadziłam, mam przyjaciół. Chyba mogę ich tak nazwać, ale nie mam z nimi bliskich kontaktów. Oprócz nich nie mam nikogo, więc nazywam ich tak, rozmyślałam nad tym co powiedziałam. Spojrzałam na ich miny. Byli lekko zdziwieni nagłym przypływem odwagi u mnie, ale również zasmuceni tym, że jestem samotnikiem. Przepraszam, to nie moja wina.
-Ja mogę być twoją przyjaciółką- wzięła macha, Loo. I podeszła do mnie i przytuliła mnie, jak małego misia. Niall nie zważając na to, że jestem delikatna rzucił mną na kanapę. I wszyscy przytulili mnie jak misia.
Zapowiada się ciekawie- pomyślałam, po czym wstałam i wygładziłam ubrania. Szturchnęłam Dave'a, Stevena, Irlandczyka, Mary i Andrea po ramieniu, każdego po kolei i ucałowałam w policzki. Polubiłam ich. Byli inni, niż ci u mnie w szkole. Byli przyjaźni.

 Loo zaprosiła mnie do kuchni, abym zrobiła z nią herbatę. Gdy zostałyśmy "sam na sam". Wzięła moją lewą rękę. I podwinęła rękaw. Szybko wyrwałam jej dłoń, aby nie zobaczyła blizn.
-Nie wstydź się. Jak Niall tobą rzucił, to podwinął ci się rękaw. Nikt, oprócz mnie nie zwrócił na to uwagi. Ponieważ jako jedyna domyśliłam się, że przez twoją sytuację możesz mieć depresje.- Podałam ponownie jej dłoń. Ostrożnie powtórzyła ruchy. Wzięła marker, który leżał koło czajnika. I napisała na nadgarstku "Loo :) Twoja przyjaciółka" i zakryła znów kaszmirowym materiałem moje rany. Nic nie powiedziała, tylko uśmiechnęła się czule i nalała wodę na herbatę.

 Co to znaczyło? Ktoś oprócz rodziny się mną opiekuje. Jestem Loo za to wdzięczna. "Twoja przyjaciółka". Tak ona jest moją przyjaciółką już to wiem.
Kiedy usłyszałam, że woda się już zagotowała. Mary wyciągnęła z szafek kubki i nalała do każdego. Wyjęła z schowka obok "szczura" z czarną herbatą i nasączyła nim wszystkie kubki. Podeszła do mnie pocałowała w czoło - byłam o niej niższa o ok.10 cm-. Wzięłam trzy kubki, tak samo jak ona i ruszyłyśmy do salonu.
******
Czas nie ubłagalnie szybko minął. Po herbacie, graliśmy gry typu "Prawda czy wyzwanie", chłopcy po tym się zebrali do hotelu, Andrea uznała, że musi wracać i poprosiła Loo, aby ona mnie oprowadziła dziś po dzielnicy, a jutro wszyscy zaprowadzą mnie do centrum. Mary chętnie pokazała mi pobliskie centrum handlowe, skatepark i parczek. Zaprosiłam ją na noc, ale odmówiła, bo musi wstać o 5, aby przyjąć sprzątaczkę i załatwić interesy w mieście. Trochę się tym rozczarowałam, ale zrozumiałam.
Teraz leżałam sama w dużym drewnianym łóżku i analizowałam każdy szczegół minionego dnia. W słuchawkach brzmiał Ed Sheeran. Kocham go. Jest moim idolem.
Odpłynęłam do krainy morfeusza.
-----------------

Dziękuję, za przeczytany rozdział :) xx Mam nadzieję, że się spodobał. Kolejny jak będzie 8 komentarzy <3 Kocham was!

JEŚLI CZYTASZ TO ZOSTAW KOMENTARZ IM WIĘCEJ KOMENTARZY TYM CZĘŚCIEJ ROZDZIAŁ :)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Rozdział I

 Rozdział I - Skrót mojego ostatniego dnia w tym zadupiu.

Wstałam z hukiem z łóżka. Ostatni dzień w tej zasranej szkole i opuszczam to miejsce. Pojadę daleko od ludzi, którzy mają mnie w dupie. Pojadę tam, gdzie wszystko zacznę od nowa, wyjadę do większego miasta- Londynu. Dotychczas mieszkałam w małej wsi niedaleko Los Angeles, gdzie nie miałam znajomych. Moimi jedynymi przyjaciółmi były żyletki. No i, Lena i Bradley, ale ich nie liczę, bo mieszkali w mieście aniołów i widywałam ich raz na miesiąc. Oczywiście, utrzymywałam z nimi kontakt na twitterze, ale to nie to samo co chodzenie z nimi po bułki do pobliskiego sklepu.
Udałam się do łazienki. Włączyłam piosenkę "Magic"- Coldplay i odpłynęłam. Zaczęłam tańczyć. Moje kroki płynnie łączyły się z muzyką z odtwarzacza mp3. Głos Chrisa (wokalisty) przyprawiał mnie o dreszcze. Uwielbiałam go. W zeszłym roku byłam na ich koncercie z Bradem.
 Moja mama zapukała do drzwi pośpieszając mnie.
-Kochanie, masz jeszcze godzinkę do wyjścia, pośpiesz się.- zaczęłam myć zęby, a piosenka z Magic losowo zmieniła się na U smile - Justina. Gdy wyszczotkowałam moje uzębienie, wskoczyłam pod prysznic. Cause baby u smile, I smile. Umyłam dokładnie każdy cal mojego zgrabnego ciała żelem malinowym z Body Shop'u. Po wyjściu z kąpieli owinęłam się moim ręcznikem frote w zebry. Podeszłam do kosmetyczki. I zaczęłam się malować, gdy usłyszałam dźwięk dzwonka mojej komórki. Szybko dokończyłam malować rzęsy oraz odebrałam dzwoniący telefon.
-Halo?- spytałam się w słuchawkę.
-Kocie, to ja. Lena.- usłyszałam miły głos mojej jedynej przyjaciółki-Wpadnę dziś z Bradleyem do ciebie, aby się pożegnać. O której kończysz?
-Dziś... Czwartek?- spytałam retorycznie- O 14;30. Przyjedzcie około 15;20, bo trochę zajmie mi dojazd ze szkoły.
-Oczywiście! No to do zobaczenia!- rozłączyła się. Na mojej twarzy widniał uśmiech. W końcu ją zobaczę. Bardzo stęskniłam się za nią. Wyszłam z łazienki.
Podeszłam do garderoby. Zdjęłam z wieszaka mój ulubiony sweter z różowym jednorożcem. Z półki zdjęłam czarne leginsy oraz truchtem podbiegłam do pokoju, aby założyć ubrania, gdy zauważyłam, że zostało mi tylko pół godziny do wyjścia.
W ubraniu wyglądałam nie winnie, co jak inni uważają odzwierciedla moją duszę. Moje brązowe włosy zwinęłam w wysoką kitkę. Zbiegłam po schodach do kuchni, gdzie mama czekała z śniadaniem. Na talerzach zobaczyłam moje ulubione naleśniki z kremem oreo i brzoskwiniami. Spytałam się co to za okazja, że takimi smakołykami mnie obdarowuje.
-Ostatni dzień w szkole, ostatni dzień z mną i tatą- odetchnęła bez zamysłu.
-Kocham Cię- powiedział z przekonaniem w głosie i rozpoczęłam zjadanie słodkości z mojego talerza. Gdy skończyłam na zegarze była 7;20. Za 5 minut mam autobus. Ucałowałam mamę w policzek, wzięłam plecak i założyłam moje botki.
******
Na dworze było zimno, na szczęście jestem już w ciepłym środku transportu. Włożyłam słuchawki do uszu i włączyłam z odwarzacza muzyki playlistę "Perfect songs for a trip". Otworzyłam blok rysunkowy i zaczęłam szkicować baletnicę. Moim marzeniem było zawsze tańczyć dla jakiegoś zespołu jazzowego, ale balet też był fajny. Kończyłam już rysować baletkę, gdy poczułam, że ktoś szturcha mnie po ramieniu.
-Ej!- krzyknęłam i odwróciłam się w stronę osoby, która mi przeszkadza. Ooops... Kierowca autobusu. Wyjęłam słuchawki z uszu i zamknęłam mój niebieski zeszyt.
-Ostatni przystanek, jak się domyślam. To twoja szkoła. - powiedział miło, nie zważając na to, że przed chwilą podniosłam na niego głos. Uśmiechnęłam się i podziękowałam serdecznie. Spakowałam rysownik i mp3-kę do plecaka. Wysiadłam z pojazdu.
******
Lekcje minęły mi bardzo szybko, standardowo panie życzyły nam wypoczynku i przestrzegała nas przed niebezpieczeństwem, które może nam się zdarzyć podczas złych zabaw. Zadzwoniłam do taty z prośbą o to, aby odebrał mnie ze szkoły, bo nie chce mi się czekać na autobus kolejne 20 minut, bo Lena przyjeżdża. Zgodził się, ale tylko dlatego, że to mój ostatni dzień w szkole. Po chwili już był na podjeździe. Wypytał się mnie dokładnie o to co było dziś w szkole, po tym jak wsiadłam do samochodu. Opowiedziałam mu o tym, że znów ludzie mają mnie w dupie, a on powiedział, że kiedyś będą mi lizać tyłki, jak będę sławną tancerką, a oni będą podawać mi frytki w McDonaldzie prosząc o autograf. Zaśmiałam się, za oknem zobaczyłam już mój dom.
Szybko minęła droga- pomyślałam.
Gdy weszłam do domu, już czekała na mnie Lena i Bradley. Rzuciłam się na nich i wycałowałam. Poczułam zapach perfum przyjaciela. Był ubrany na czarno, oprócz butów, które były białe. Ona była ubrana na biało, prócz obuwia, które było czarne. Ale się zgrali. Zaprosiłam ich na górę, zaczeliśmy opowiadać sobie o minionym miesiącu oraz planach na wakacje. Lena wyjeżdża na miesiąc do Paryża na kurs projektowania, a Brad jedzie do Hiszpanii, na całe wakacje, bo dostał możliwość zostania modelem na parę pokazów w tym kraju. Każde miasto- inny pokaz. Ten to ma szczęście. Kiedy powiedziałam im o chorobie mojej babci i tym, że jadę do Londynu, aby się nią zająć, posmutniali i powiedzieli, abym opiekowała się nią najlepiej jak mogę.
Poszliśmy pobiegać do lasu, jak zawsze. Mi pomagało to z depresją, jemu z kondycją, a moja myszka chciała tylko z nam dotrzymać towarzystwa.
Czas minął nie spodziewanie szybko, gdy wróciliśmy do domu już była 21:30 i mój tata oznajmił, że idzie ich odwieźć do Los Angeles i wróci ok.23.
Przy pożegnaniu płakaliśmy jak małe dzieci. Dopiero za dwa miesiące ich zobaczę. Wydaje mi się, że te wakacje nie miną tak szybko jak zawsze. Będę trochę samotna w Anglii, ale zapiszę się na warsztaty taneczne to czas mi szybko minie.
******
Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i pożegnałam się z rodzicami. Teraz byłam już w samolocie. Dzień niesamowicie szybko mi minął. Szkoła, Lena, Bradley, pożegnanie rodziców, no i oczywiście dostałam małe upominki na wakacje, abym o nich pamiętała. Podarowali mi kartę kredytową, którą będą mi spłacali, ponieważ są wakacje, no i oni sami nie mogą zająć się babcią, więc się mną wyręczają. Poczucie winy? Chyba nie. Ale nie będę się już nad tym zastanawiać. Otworzyłam książkę pt. "Szukając Alaski" oraz zatopiłam się w lekturze.
-------------------------------
Dziękuję, za 15 komentarzy pod prologiem. Mam nadzieję, że rozdział się spodobał, napiszę kolejny rozdział jak będzie 7 komentarzy! Chcecie być informowani? Zostawcie w komentarzu swój user TT. 
Dziękuję,
@frantaskingdom

niedziela, 13 kwietnia 2014

Początek historii.


 Drogi Pamiętniku, 
życie nastolatki ma różne scenariusze. Mój nie jest zbyt obcy ludziom, wręcz banalny. Jestem nastoletnią dziewczyną, która za kilka dni pojedzie do Wielkiej Brytanii, aby zaopiekować się chorą na raka babcią.
 Gdybym miała sama wybrać sobie przebieg mojego życia, byłabym popularną tancerką oraz żoną Eda Westwicka, ale tak się nie zdarzyło, pech, ale żyję dalej.
 Ludzie oczekują od życia dużo, a sami mało dają. Wiem to na moim przykładzie. Mogłabym zostać tancerką, ale muszę dużo pracować, a w mojej wsi nie było żadnej szkoły tańca. Myślę, że w Anglii się to zmieni. Zacznę chodzić na regularne treningi i dojdę do wymarzonego celu.
 Żoną Eda już raczej nie zostanę, nie będę Blair*, ale może poznam kogoś z równie interesującą osobowością i wyglądem.
Z miłością, 
Ariana.
---------------------
Od autora:
*Blair- Blair Woldorf, żona Chucka Bassa, którego rolę odtworzył wyżej wspomniany Ed Westwick.
Dziękuję wam, za przeczytany prolog. Mam nadzieje, że się spodobał. Jeśli tak proszę zostawić komentarz.
Jak będzie 5 komentarzy napiszę pierwszy rozdział.
Z miłością,
@frantaskingdom